poniedziałek, 28 maja 2012
Najlepszy Party Rocker?
No to się, zaczęło. Zawrzało na wszystkich frontach. Pierwszy nosi nazwę "dlaczego nie ja?" Nie mam pojęcia, nie ja wybierałem i cieszę się gdyż w Polsce jest kilkunastu solidnych party rockerów, z których każdy jeżeli nie skillami, to repertuarem lub swoimi mashupami eliminuje innych i wybór tej 8 to na prawdę ciężka sprawa. Drugi front należy do rozkminiaczy i dotyczy ścisłej ósemki wybranych. Z kilku rozmów wiem, że tak samo jak ja tak i moi oponenci analizują co zagrają przeciwnicy. Czy spodziewać się po djach tego co grają na swoich imprezach? Czy raczej oni, wiedząc, że zostaną rozpoznani w ten sposób wyjdą poza swoje standardy i np. Falcon będzie miksował Shakirę, a Plash (Przeplach…) zaprezentuje najnowsze bangery uk funky? Na te pytania dostaniemy odpowiedzi piętnastego czerwca na przełomowej imprezie na naszym rynku. Rzadko się zdarza, aby tak ścisła czołówka zaryzykowała tak bardzo swoją reputację. Trzeba pamiętać, że to nie są zawody turntablistyczne, a każdy z tych djów ma wyrobioną na różnych polach markę. W swoich środowiskach, w swoich klubach, wśród swoich facebookowych fanów to oni są number 1 i te zawody mogą poważnie podkopać renomę. Chociaż z drugiej strony, ciekawe ile Red Bull wsadzi w promocję imprezy i ile zyskamy przez sam fakt uczestnictwa w niej. Czyżby nie biorąc pod uwagę wyniku już od lipca kalendarz każdego z nas nie znał dnia bez firmowego eventu w salonie marki X a noc w klubie o nazwie X? Pewnie tak nie będzie, ale między innymi z tego "promocyjnego" powodu zdecydowałem się na start. Poza tym pozornie jesteśmy tak bardzo niezależni, tak bardzo mamy wyjebane na trendy, na opinie. A jednak przez te wszystkie lata budujemy swoją markę. Czy to miłego pijaczka sprytnie grającego, czy to gramofonowego turboskreczera, który zna tylko wszystkie battle breaki i pornhuba. Ale jednak pracujemy nad swoją marką, bo wiemy że to nasza praca. Tak więc bez względu na wszystko należy docenić tych 8 wybranych, że mają jaja i mimo ich ego, są gotowi na moment w którym ktoś powie, że są lepsi i jeszcze lepsi i jeszcze kilku zajebistych djów… Dalej myśląc nad tym tematem, to przy tym składzie startujących już wiem, że wyniki będą niesprawiedliwie, gdyż wśród tych djów jest spory rozrzut preferencji muzycznych i podejścia do hasła party rocker. Ilu djów, ile gatunków, tyle interpretacji. Dobra kończę pisać i czas wracać do gramofonów. Piętnaście minut to jest dużo, ale, żeby fajnie zbudować atmosferę, wkręcić słuchacza to raczej za mało. Jedno jest pewne, wiem, że ta ósemka stanie na wysokości zadania i zaprezentuje ciekawe sety, a będzie to podsumowanie polskiego djingu. Acha... będę jeszcze bardziej szczęśliwy, gdy publiczność będzie na tyle dojrzała, żeby docenić te nasze wygrzewki.
niedziela, 27 maja 2012
Marihuana
Temat oklepany jak sprawa re questów, ale wiem, że naród oczekuje na moje zdanie w tej sprawie, tak więc głos zabieram. Marihuana. Każda ze stron sporu o legalizacje, co z resztą jest zrozumiałe przedstawia tylko sobie słuszne argumenty. Każda ze stron sporu ma dużo racji i tyle samo fałszywego przeświadczenia, o tym że ma racje. Po pierwsze trawa to narkotyk, jej palenie ma negatywny wpływ na organizm, do tego uzależnia. I jeżeli nawet są badania, które mówią, że tak nie jest to ja się z nimi nie zgadzam, gdyż od 12-13 lat obserwuje osoby, które palą i widać na nich negatywne zmiany. Argumenty, że wódka też szkodzi, że papierosy też szkodzą, a są dozwolone, nie są argumentami. To też w pewnym sensie narkotyki tylko przez fakt mocnego zakorzenienia w społeczeństwie jest na nie przyzwolenie. I w tym miejscu trzeba napisać, że w Polsce została przekroczona już pewna granica popularności marihuany. Jesteśmy już po tej drugiej stronie, gdzie trawa nie jest egzotycznym wymysłem kilku rastuszków, tylko czymś co funkcjonuje dosłownie w całej Polsce, w każdym mieście, miasteczku, wsi. To nie jest biznes mafii, jest raczej lokalnych gangów, ale trawa w Polsce to są dziesiątki tysięcy domowych grow-boxów i mini upraw w pobliskim lesie. Popyt jest tak wielki, że konsumenci stali się producentami, a owiani złą sławą dilerzy zajmują coraz mniej miejsca w dystrybucji. Dopóki ilość towaru na rynku regulowali dilerzy, to walka z marihuaną miała sens, ale teraz gdy dorodnego krzaczka można sobie wyhodować w domowej szafie nie ma szans, aby obrońcy narodu przed THC wygrali. Po prostu trzeba przyjść, że marihuana jest i trzeba jakoś zagospodarować ją prawnie. Gdyż zaostrzanie, lub pozostawienie obecnych przepisów robi z palaczy przestępców, którzy w większości przypadków są normalnymi obywatelami. Ich życie wkracza na drogę połamanych paragrafów przez fakt, że w warunkach recydywy zostają ponownie złapani z jointem. Po takim incydencie pojawiają się problemy finansowe, problemy z pracą i dzięki ostremu prawu rodzi się nowy przestępca, który sam dilując, kradnąc musi zarobić np. spłatę długów wobec państwa. Jak zagospodarować prawnie marihuanę? Nie wiem. Cokolwiek sejm nie uchwali, to będzie źle. Dlatego, że to narkotyk, który uzależnia i jego konsumenci zawsze będą chcieli go więcej. Sama legalizacja w początkowej fazie będzie miała fatalne skutki dla gimnazjalistów. Dilerzy stracą duży rynek osób, które do tej pory bały się hodować nawet jednego krzaczka, a teraz obok bazylii i szczypiorku będzie im pięknie rozrastała się AK-47. Więc dilerzy będą musieli rekompensować sobie te straty uderzając do małolatów. Z drugiej strony, z racji tego, że będzie większa podaż, mniejsze ryzyko, jest szansa że ta trawa będzie trawą, która przy okazji ma w sobie setki różnych psychotropów. Obecnie ze względu na koszty, ryzyko etc. dilerzy notorycznie oszukują czy to na wadze, obsypując topy różnymi specyfikami, czy na objętości. Powoduje to, że konsument często pali jakieś psychotropowe gówno, które z THC ma mało wspólnego. Po takich doświadczeniach albo całkowicie odrzuci palenie, albo dostanie tak silnych impulsów, że jego mózg będzie potrzebował coraz cięższych narkotyków. To poszukiwanie jest największym wrogiem obrońców narodu przed narkotykami. Ci sami posłowie, którzy przez dwadzieścia lat wyhodowali społeczeństwo, które nie ma żadnego hobby, żadnych zainteresowań, żadnego pasji żądają od dzieciaków zamkniętych na osiedlach z wielkiej płyty, żeby wegetowały w tym jałowym środowisku. Narkotyki są idealną trampoliną, żeby na chwilkę się wyrwać… Niestety przez ostatnie lata zamiast wydawać miliony na CBŚ, należało zmienić programy nauczania, należało aktywizować martwe społeczności. Trzeba dzieciaki nauczyć, że muzyka to nie Radio Eska, że sport to nie Adam Małysz, że można robić w życiu wiele innych rzeczy niż siedzenie na ławce przed blokiem. Rodzice nie pokazali, bo sami nie mają życia zapierdalając po 10 godzin dziennie w pracy, koledzy nie pokazali, bo są tak samo w pewnym sensie wypruci z ambicji, ciekawości świata więc jedyna rozrywka to na początku opalenie lufki z ziomkiem i tak się zaczyna. Jak zmieni się nastawienie konsumentów i będą palić trawę nie z nudów, nie dlatego że to ich ostatnia deska ratunku przed szarością osiedla to wtedy społeczeństwo obroni się przed THC. Ludzie muszą nauczyć się palić tak, aby ich to stymulowało i otwierało nowe przestrzenie w ich głowach przy okazji realizacji swoich pasji. Poza tym wszystko jest trucizną - zależy od organizmu i dawki.
środa, 9 maja 2012
Historyjka: Pała na djce
Wszyscy myślą, że dj to ma zajebiście. Że kręcą się wokół niego napalone klubowe suczydła, których mocne i soczyste wargi tylko czekają, aby złapać jego kutasa. Jednak nikt nie wysili się na tyle, aby dostrzec, że dzięki temu dj jest bardzo obciążony psychicznie. Że dosłownie jest między młotem, a kowadłem. Z jednej strony jest presja bycia najlepszym podawaczem w powiecie, z drugiej odpowiedzialność za sprzęt, za impręze, za tak na prawdę dochód kilku dziesięciu osób. Żeby to lepiej zobrazować pozwolę sobie przytoczyć historię mojego znajomego. Kolega DJ rozszerzył właśnie swoje muzyczne horyzonty i idąc z nurtem zaprzestał podróży z casemai winyli, aby grać rapy, na rzecz podróży z laptopem, aby grać house'y, electrohousy i inne uk funky, których i tak nie rozróżniam, a nazwy mylę. Więc z ciemnej piwnicy przepełnionej dymem tlących się bluntów przeniósł się do świecących kilku poziomowych klubów, w których barman, manager i szatniarz to były trzy różne osoby. Dziewczyny nie miał, za bardzo o takową się nie starał. Naczynia wiedział jak umyć - i tak jadł na mieście. Pranie wiedział jak zrobić - pralka miała ciekawe programy. Podać zawsze było komu - był djem przesiadającym w klubach. Więc po co mu garb? Jednak znajomości nawiązywał płynnie i dynamicznie. Miał w sobie to coś, że nawet kiedy miał brodę i założył okulary plus obcisłą koszulkę i jeszcze bardziej rurkowate jeansy to i tak jego hipsterstwo nie przyćmiewało jego męskości która wyróżniała się na tle nijakich ciał standardowych klubowiczów więc dupy biły jak szczupak na blachę. Z reguły były to wyzwolone pseudo artystki, które gdy okazało się, że już nic w życiu nie osiągną to decydowały się na zostanie fotografem, albo awangardową designerką wnętrz (to taka bez szkoły). Klasyczne harpagany raczej odbijały się od jego intelektu, natomiast miał coś co przyciągało przy grubawe lesbijki. Pewnie to wyzwolone środowisko w którym się obracał szukało normalnej drogi życia. I one, przez tyle lat, gdy grały w jednej koszykarskiej drużynie i lizały sobie tyłki zaraz po sraniu twierdziły nagle, że chcą chłopa. No nie ważne. W każdym bądź razie profil Dja znacie. Profilu jej nie poznamy, gdyż nikt za bardzo nie pamięta co to się zgłosiło. W przerwach kiedy zmieniał go drugi dj podchodziła, coś zagadywała. Pili desperadosy. Pili wściekłe psy. Światła świeciły. Humor dopisywał. I tak to musiało się skończyć, że weszła na djke i poczuła moc władzy nad tłumem. Zobaczyła jak ustawia te igły, jak operuje suwakami, jak coś klepie w klawiaturę. To wystarczyło, aby jej zaimponować i po kilku minutowym zmysłowym tańcu, w którym jej ciało wiło się między nim na konsoletą przeszła to robienia pały. Sprytnie schowała się pod stołem djskim, tak aby nikt nie widział jej poruszającej się w górę i w dół głowy i zaczęła mlaskać, zasysać, lizać i pieścić. i tutaj wracamy to kwestii obciążenia psychicznego dja. Nie miał żadnych moralnych zahamowań, nie miał też higienicznych (ufał, że umyła zęby). Miał natomiast ciężkie rozkminy techniczne. Musicie sobie uświadomić, że większość stanowisk djskich jest tak konstruowana, że pod stołem znajdują procesory, końcówki mocy i masa innego elektronicznego sprzętu. Musicie też wziąść pod uwagę pewną przypadłość większości djów, związaną z wytryskiem. Otóż podczas gry gdy djowi włączą się lampka z napisem "siku" ma on (gdy gra sam imprezę) tylko 2-3 minuty aby odcedzić ziemniaki. Tyle bowiem trwa jeden numer, a on musi zdążyć przed jego końcem i puścić drugi. Lata takich praktyk szybkiego oddawania moczu powodują, że podczas wytrysku spermy dochodzi czasami do surrealistycznych sytuacji (patrz. scena z filmu Hulk). Pięć metrów, dziesięć metrów- to nie są odległości. Wracamy teraz kilka lat wstecz, gdy jako początkujący dj zwiazął się z wychowaną w dobrym domu, spuszczoną ze smyczy suką żądną ostrych doznań. I wracamy do ich wspólnej sytuacji. Gdy ona dumna, że jej chłopak robi skrecz skrecz chciała mu zaimponować i mimo, że dopiero wczoraj się pierwszy raz całowali to ona pójdzie na całość i zrobi mu gałkę. Zaczęła, pomemlała, polizała, na chwilę wyjęła, żeby złapać oddech, a on się spuścił na końcówki mocy. Spalił je. Ogólnie skandal i dwa tysiące w plecy. Tak więc nasz kolega obawiał się, że znowu dziewczyna wyczuje moment ejakulacji i wyciągnie penisa ze swoich ust, co spowoduje, że wystrzelona sperma trafi w szczeliny jakiegoś wzmacniacza i go spali. Środek imprezy, tysiąc pińcet luda na parkiecie. A tu nagle muzyka gaśnie, bo jakaś dziewczyna obciągała djowi. Na facebooku będzie hit, w realu trochę gorzej. Tak więc on nie znając jej preferencji. Nie mogąc za bardzo wdawać się z nią dyskusję. Pamiętajmy o tym, że cokolwiek by się nie działo poniżej pasa dja to on musi zachować twarz i dalej miksować. Więc on chwyta jej głowę i dociska do siebie. Ogólnie to już dochodzi, zaraz skończy się breakdown w piosence, wejdzie bit i można strzelać. Dziewczyna dławi się jego chujem. On mocno trzyma jej głowę i czuje żołędziem jej migdałki. Zaraz wejdzie bit. Wchodzi bit. On strzela, ona gryzie, on krzyczy, ona żyga, on zahacza ręką o fader i ścisza muzykę, ona wstaje i płacze, on krzyczy i płacze, ona ucieka z djski, on trzyma się za jaja bo mu krwawią… Na szczęście nie odgryzła, Dwa miesiące miał problemy z oddawaniem moczu, ale jakoś wyszedł z tego. Teraz natomiast ma już całkowicie zrytą psychikę, nie dość, że boi się podawać, żeby nie zalać sprzętu to boi się ogólnie podawać, żeby nie stracić chuja…
czwartek, 12 kwietnia 2012
Krk Party Info
To będzie subiektywny raport z imprezowego życia miasta. Nie sprawiedliwy ze względu na godziny odwiedzanych klubów, na moje preferencje muzyczne, ale byłem, widziałem i trzeba to podsumować. Jest środa i zaczynamy od klubu Pixel. Jest dosyć wcześnie bo 22. W klubie niestety prawie nikogo nie ma i nie zapowiada się, aby tej nocy płonął parkiet. Następnie Rozrywki 3, tu trochę więcej ludzi. Kilka stolików zajętych, przy barze coś się dzieje. Pora jest jeszcze wczesna więc nie wiem czy to był kapitał na Imprezę. Kolejny klub po drodze to Ministerstwo. Duży danceflor zamknięty. Na czerwonej sali szlagierami rnb Danny Boy próbuje zachęcić do pozostania w klubie zagraniczną wycieczkę. Z Ministerstwa po drodze do Coco zachaczam o Divę. Nikogo. Bez historii. W Coco odbywa się natomiast słynna środa. Jednak fakt, że zostałem wpuszczony jest sygnałem, że frekwencyjnego rekordu nie będzie. Zdecydowanie najliczniejsza impreza w mieście. Pistolet bardzo płynnie i sprawnie miksuje hity "black muzik". Na prawdę wszystko równo, bez żadnych buraczków. Parkiet pełny i aż się prosi, aby rozszerzył repertuar o coś ciekawszego. Ludzi przybywa, playlista jest mi znana więc idę dalej. W Pauzie na Floriańskiej była premiera jakieś ksiąski Fisza? Afterparty gra Krime z Epromem. Kilkanaście osób ekspresyjnie tańczy do miksów Krimea. Które łatwe nie są. Każdy numer to ciekawostka, to świeżość, ale tez wyzwanie dla tańczących. Dla mnie za trudna muzyka. Chociaż mógłbym tak tam stać i patrzyć na te niby proste ale tak zajebiste przejścia na delayu. Utwory są połamane, dużo się w nich dzieje, a Krime sprytnie je łączy. Jeżeli on te wszystkie kawałki zna i świadomie je gra, a nie fristajluje, w sensie, że wie kiedy jest jakiś breakdown czy np. zostaje sama perkusja to czapki z głów. Muzycznie miejsce numer jeden w mieście. Przenoszę się na drugą stronę rynku na Szewską do twierdzy Bleqa, czyli Frantica. Tutaj szlagierami próbuje ratować parkiet Motyl. Jednak w klubie jest chyba zbyt mało ludzi, żeby coś sensownego się z tego urodziło. Co ciekawe do wszystkich miejsc wszedłem bez problemu, co praktycznie nigdy się nie zdarza i zawsze odbijam się od selekcji. Ogólnie to bardzo mało ludzi na rynku. Czyżby rynek się wszystkim przejadł? Zamknęły się kolejne kluby muzyczne, natomiast jak zostałem poinformowany przez jednego z promotorów jest już siedem klubów go-go.
wtorek, 27 marca 2012
reklama dzwignią bookingów
Po ostatnim artykule wdałem się w kilka dyskusji na temat marketingu dja. Czy dj powinien się reklamować? Czy postawić na swoje skille i czekać na telefon. Ogólnie to opiszę sprawę na podstawie swojego departamentu reklamy i PR i rynek bookingów podziele na trzy działy. Pierwszy to etap kiedy Ty dzwonisz. Masz przygotowaną ofertę np. w pdf, masz porobione promo mixy i wysyłasz te emaile, piszesz na facebooku i szukasz jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Czy też tak robicie, że wymyślacie sobie miasto np. Kalisz i googlujecie kluby w tym mieście? Wyskakuje kilka rekordów, z których każdy okazuje się ciężkim dance hangarem, gdzie jazda pokonała vixe, ale coż sprobować warto więc klecisz kolejnego maila z ofertą na najlepszego dja w powiecie. Po kilku takich miesiącach kiedy już zakotwiczysz rotacyjnie w kilku miejscach, przejdziesz do etapu wożenia się na plecach znajomych. To bardzo fajny układ z korzyściami dla obu stron. Coś o nim mogą powiedzieć party rockerzy z Krakowa i Trójmiasta. Tak więc zachaczając o nowe miejsca poznajesz nowych djów. Mając jeden, czy dwa kluby gdzie możesz ich podsunąć managerowi robisz to, a w zamian możesz oczekiwiać od nich, że w miejscach gdzie oni mają wtyki zrobią to samo. I biznes się kręci. Swoją grupą obstawiacie kilka miesc zapewniając ogólnie dopływ świeżej krwi, ale jednocześnie kontrolując, aby nikt z zewnątrz zbyt ochoczo nie wkroczył do Waszej piaskownicy. Każde nowe miejsce, które zgłosi się do któregoś z Was od razu podpinane jest pod system i po pierwszym Twoim secie, za dwa tygonie zagra tam Twój kolega, oczywiście z Twojego polecenia. Na samym przykładzie Krakowa można zdefiniować trzy grupy, które obstawiają minimum pięć topowych klubów. Zdarzają się miedzy nimi małe wymiany sił i środków, ale to bardziej kwestia potrzeby chwili i szybkiego zastępstwa. Po tym dziale przychodzi awans do ostatniego działu gwiazd i gwiazdeczek. Chociaż, aby w nim zaistnieć wcale nie trzeba przechodzić przez dwa poprzednie, gdyż moża od razu awansować przy pomocy swoich produkcji, mixów, czy rozpoznawalności ksywki ze względu np. na koncertowanie ze znanym mc. Etap gwiazdorski to stan, w którym, aby Twój status nie upadł pod żadnym pozorem Ty nie możesz wykonywać żadnych ruchów ku zdobywaniu bookingów. To oni dzwonią, to oni piszą, a Ty się cenisz. Na tym poziomie nie możesz sobie pozwolić, że klub zrobi imprezę z Twoim setem i nikt nie przyjdzie, bo nikt się o tym wydarzeniu nie dowie, ale już całe miasto się dowie, że nikogo nie było. Tak więc Twoja stawka musi być wysoka, ciężkostrawna, ale do przełknięcia. Musi powodować, że komuś w klubie będzie chciało się założyć wydarzenie na fb, że ktoś zrobi plakat, że ktoś to podpompuje na serwisach imprezowych, że panie hostessy z koncernu alkoholowego będą przechadzać się kusząco po klubie z promocyjną wódką. Klub po prostu musi wykonać obowiązkową pracę tak, aby z biletów, utargu móc spokojnie Cię wypłacić. I tego Wam kurwa mać wszystkim życzę.
wtorek, 20 marca 2012
A co byłoby gdyby...
Wielu, a także i mnie wkurza takie rozżalanie się nad swoim losem i mamrotanie że gdyby to, że gdyby tamto… Ale taka i moja natura, że narzekanie przychodzi mi najłatwiej więc oddam się teraz refleksji na temat co byłoby gdybym właśnie dopiero teraz rozpoczynał oszałamiającą karierę dja… Po pierwsze wiedząc obecnie jakie są moje możliwości, jakie umiejętności, jak wielki zapał do pracy to odpuściłbym całkowicie ortodoksyjny turntablism i zamiast wiele godzin szlifować te same bity w beat jugllingu zapętlając jeden takt na kilka godzin (zapewne każdemu się zdarzyło tzw. wciągnięcie) poszedł bym w stronę efektownego miksowania "sportowego". Jak to kiedyś definiowano w polskim oddziale Dee Jay Mix Club. Kilku minutowe, dynamicznie miksowane sety, trochę skreczy - bardziej nawet cutów na jakiś podkręcających zwrotach, proste patterny do juggli i wplatanie kombinacji z padami. Czyli wszystko to, co bez poświecenia bardzo wielu godzin na trening można wykonać na prawie każdym zestawie sprzętowym. Takie rutyny to będzie przepustka do sławy, to będzie coś co wyróżnia, gdyż wbrew pozorom niewielu dji uskutecznia coś takiego. Nie ważne czy inni dje z Grupy Trzymającej Władzę, będą to negować, krytykować. Będą o tym mówić. A zamieszanie w showbiznesie jest ważne, jak będzie szum, a same sety swoją świeżością zrobią jakąś rotację na YT to wcześniej czy później zgłoszą się kluby. Ja jestem na początku drogi, moja stawka jest jeszcze relatywnie niska. Jest granie. Włączenie filmików do ciekawej oferty rozesłanej do agencji eventowych daje mi co jakiś czas angaże na firmówkach. Występuje między finalistą jakiejś tam edycji You Can Dance, a kobietą która dupą połyka arbuza. Gram 20 minut na imprezie firmowej BP i mam pińcet w kieszeni. Jeżeli wraz z rozkręcaniem się na scenie, rozkręca się także moja biblioteka muzyczna to wypuszczam mikstejpy. Ale nie takie na cd, z okładką i do kupienia. O nie, tylko za darmo. Ja kocham muzykę. Każdy mix, czy minimix jest odpowiednio zagospodarowany marketingowo, żaden nie jest wydawany tak o po prostu, że jest na soundcloudzie. Każdy przypisany jest do np. startu nowej edycji imprez, do nowej linii odzieżowej, czy w związku czymkolwiek. Ale każde to wydarzenie ma kilka tysięcy lubi to na FB i ja także mam kilka tysięcy "lubie to" na fb. Po prostu droga do gwiazd. Określiłem więc swój cel jako dja. Oparte na podstawowych turntablistycznych motywach imprezowe sety, co nie znaczy, że to popowy hitmix w oryginałach z dedykacjami pomiędzy. To raczej, co wiem, że brzmi tak samo obciachowo jak słowo obciachowo, muzyka elektroniczna, współczesna, pełna mashupów i inspiracji z przeróżnych styli i epok… Tańczy zarówno hipster jak i ziomek, bboy zrobi jakiś footwork, a Piróg podskoczy i bedzie łabędziem. Skoro więc już jestem takim zajebistym djem, grającym taką zajebistą muzykę to pewnie mam zajebistych znajomych. Tylko zajebistych znajomych, których pielęgnuję na fejsie. Nie wiem, czy właśnie kończę liceum, czy poszedłem lub nie na studia, ale ogólnie moje świeże koleżanki zawsze są na każdym evencie. Bo wiedzą, że będą tam moi koledzy, a koledzy tam będą bo wiedzą, że będą koleżanki. Każda ich zmiana statusu pompowana jest przez moje błyskotliwe komentarze. Lecz hola hola, internetowe flirty kończą się co najwyżej na buziaku na powitanie w realu, gdyż stara zasada młodej gwiazdy jest taka, że nie można wykorzystać nakręcającej fejm koleżanki. Nie można jej tak o zostawić z ustami pełnymi spermy i powiedzieć nara. A chodzić nie będziemy ( o żonie mogę zapomnieć), ponieważ wtedy odwróci się reszta zazdrosnych psiaspiłek i po małolatkach na fejsie… Koledzy natomiast to banda szalonych krejzoli, którzy w zimie w Szczyrku rządzą na stokach, piją gorzką żołądkową z gwinta i są postrachem sztachetowców. W lecie natomiast w Dąbkach czy na innej Ibizie wymiatają na Kitach i jak robią melanż to cały kemping śpiewa z nimi. Oni łamią serca, dupcą wszystko, ćpaja, zostawiają na barach miliony swoich rodziców, mają tatuaże, takie wysokie najki i twierdzą, że Skrillex to nie dupstep. Ale ogólnie ich występy mimo, że są takie zwariowane, nie powodują interwencji ochrony, a cała ich paczka dopiero rozpadnie się jak wzajemnie się posprzedawają na psach za jointa. Tak więc marketingowa machina pochłonęła wszystko i wszystkich, a mi nie pozostaje nic innego jak zakup kamery czy innego aparatu HD i kręcenie backstageowych filmików z żygami, z sexem, z narkotykami w tle, z których po latach powstanie film o mnie.
niedziela, 12 lutego 2012
Pozdrowienia do wiezienia


Nie jest łatwo stanąć przed kilkudziesięcioma chłopami i odegrać przed nimi koncertowy show, bez cienia szansy na jakiekolwiek wsparcie i interakcję z ich strony. Tekst ten bardziej dotyczy raperów niż djów, gdyż z różnych względów moje dotychczasowe dwa występy w zakładach karnych ograniczały się do zwykłego puszczania kolejnych bitów. Byłem więc podczas tych wykonów trzecioplanową postacią, na szczęście nie
obarczoną odpowiedzialnością za słowo. Raperzy mieli o wiele trudniejsze zadanie. Na pewno wymagające wielkiej charyzmy, pewności siebie i zaufania do swoich rymów. W Tarnowie, gdzie zakład karny jest typu zamkniętego, osadzeni zebrani na spacerniaku, odziani głównie w zielone drelichy zajmują miejsca na ławkach, czasami tyłem do artystów. Występ tam dla wielu nie ma żadnego znaczenia. Liczy się możliwość kontaktu z innymi więźniami, liczy się kto jak się zachowuje. Bardziej koncertem zainteresowani są ci którzy zostali w celach i mogą go oglądać przez okratowane okna. Po koncercie będą wołać, żeby podejść, pogadać. Nie ma znaczenia o czym, z kim. Liczy się oderwanie od rutyny. Ma znaczenie natomiast to co się mówi do mikrofonu. Lepiej oprócz recytowania swoich teksów i przedstawienia się nic nie mówić. Przy okazji koncertu WWO, niektórzy zagalopowali się z wywodami, po chwili orientując się, że wszystko co oni powiedzą, prawie każdy z osadzonych może w tej rzeczywistości w trzy sekundy obalić. Nawet proste i szczere: "trzymajcie się", może nie końca poprawnie politycznie zabrzmieć. Tu wszystko ma znaczenie. Autorytet mc może łatwo upaść, gdy ten nie odpowiednio akcentuje nie odpowiednie wersy.
Tak więc z obserwacji wnioskuje, że lepiej zrobić swoje i ewentualnie w wywody wdawać się po koncercie w bezpośrednich rozmowach. Chociaż to też jest ryzykowne, gdyż nie wiadomo z kim się rozmawia. W tym miejscu wyjątkowo także trzeba zwrócić uwagę na wulgaryzmy z tekstach, ponieważ zbyt duża ilość przekleństw i ogólnej jazdy z systemem bardzo szybko zakończy występ i wg. mnie nie jest dobrym rozwiązaniem. Raper nie poniesie żadnych konsekwencji, natomiast więźniowie dla których przyjechał przecież grać stracą koncert, który od momentu zapowiedzi był pewnie bardzo wyczekiwany jako odskocznia od szarej codzienności. Ale oczywiście nikt z nich nie okaże tego, spokojnie tak jak w Medyce zajmą miejsca na świetlicy i bezdusznym wzrokiem, który nic nie mówi spokojnie będą czekać na start. I przez cały czas trwania występu będą tak siedzieć. Dopiero później z telefonów dowiesz się, że się podobało, że wszyscy o tym mówią, że cały kryminał tym żyje i ogólnie pozytywne poruszenie. Ale podczas koncertu nikt się nie odezwie, klaśnie, czy nawet kichnie. Pełna kontrola emocji. A raperzy muszą napędzać tą rapową maszynę. Widzą, że ich teksty nie robią pozornie żadnego wrażenia. Automatycznie wykrzykują kolejne linijki tekstów, ale podświadomie zastanawiają się o co kurwa chodzi? Czy teksty złe, czy coś nie tak z dźwiękiem, czy coś nie halo z ubiorem. A kilkadziesiąt par oczu bez wyrazu śledzi każdy ruch. Podskakiwać? Machać rękami? Gestykulować? Zamieniać się miejscem z kolegą? To nie walka mc, z trudnym odbiorcą, to walka mc z samym sobą. Normalnie Wysoki Lot nawiązuje kontakt z publicznością. Pytanie, odpowiedź, dziewczyny tańczą, faceci skaczą. Tutaj to nie przejdzie, tutaj jest najcięższy poligon, bo tej publiczności chociaż jest to nie ma. Koniec koncertu. Kilku osadzonych podejdzie, szybko podbije piątki coś tam zagada, że było ok i pośpiesznie z resztą uda się na obiad. Kilkadziesiąt minut później wszystko wróci do swojego rozkładu. Mimo, że jest minus dwadzieścia to w siłowni zaimprowizowanej na środku dziedzińca, w metalowej klatce, trenuje grupka, która pół roku czekała na swoją kolej. W kurtkach, czapkach, szalikach wyciskać będą na ławeczce. Odprowadzą zespół do bramy tym samym wzrokiem bez wyrazu. Oni zostają, raperzy wychodzą. Wychodzą na wolność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

